Zamiast wstępu...



Historia o Czarodziejce Oli niestety jest opisem autentycznych wydarzeń z ostatnich kilku miesięcy... Niestety, bo każdy z nas wolałby, by ta historia nigdy się nie wydarzyła... By można było pewnego dnia stwierdzić, że to wszystko było jedynie koszmarem, złym snem...

Piszemy tę historię dla Was, ku przestrodze... Nie jesteśmy w stanie dotrzeć do każdego z osobna, dlatego mamy nadzieję, że osoby, które nadal pomagają Czarodziejce Oli, trafią na tego bloga i dowiedzą się całej prawdy...

Królestwem Czarodziejki jest świat blogowy... Zdecydowaliśmy się więc wkroczyć do tego świata, by w ten sposób przerwać serię kolejnych klamstw i nadużyc z Jej strony...

Nikt nigdy nie zniszczył wiary w drugiego człowieka w taki sposób, w jaki zrobiła to Czarodziejka Ola...

Mamy nadzieję, że nigdy nie trafiliście i nie traficie już na wzruszającą historię Jej życia... Jeśli jednak tak się zdarzylo, pamiętajcie, że świat nadal jest tak samo piękny, a wokół nas jest wielu ludzi, ktorzy autentycznie potrzebują naszej pomocy... Nie zapominajcie o Nich...



środa, 2 lutego 2011

Historia 4

POCZĄTKI
Olę poznałam na koncercie dla chorego na serce chłopca w naszym mieście. Ola zaśpiewała kilka pięknych piosenek i doprowadziła do łez żeńską część widowni. Byłam wtedy bez córki, i Ola nie wiedziała że jest niepełnosprawna.  Po jakimś czasie Ola trafiła na nasz blog i przepraszała mnie, że nie wiedziała o małej i kiedyś na pewno zrobi dla niej koncert. Wzruszyła mnie tym i rozbawiła. To było w sierpniu 2008 roku. W okolicach grudnia dowiedziałam się, od Oli, że ma białaczkę i ma skierowanie do szpitala we Wrocławiu na początek lutego. Opowiadała jak to od dłuższego czasu źle się czuła i lekarze diagnozowali anemię. W końcu zrobili kompleksowe badania i wyszło, że to nowotwór.
Już na samym początku „leczenia” we Wrocławiu Ola przesłała mi listę jej planowanego leczenia. Było to przyznam, przerażające. Już teraz nie pamiętam co tam było, ale wiem że cała masa chemioterapii i radioterapii. Oczywiście miała mieć założonego broviaka. Wkrótce okazało się, że przyjęli ją do dziecięcego szpitala, a ona ma przecież 20 lat. Dostała natychmiastowy wypis, przyjęta została w Gdańsku. Na oddział hematologii.
Niestety, z uwagi na tak wielką rozrzutność fantazji Oli, nie jestem w stanie przekazać chronologii Oli „choroby”.  Na samym początku pamiętam jak płakała nad wypadającymi włosami. Poradziłam jej ściąć je na króciutko. Podobno mnie posłuchała czym zaskoczyła Panią profesor Annę. Pamiętam historie z kubkiem do herbaty. Niby banał, ale chwyta za serce. Otóż była tak słaba, że nie była w stanie podnieść kubka z herbatą. Jednak nie pozwalała sobie pomóc, koniec  końców, zbiła kubek, za co dostała po uszach od pielęgniarki. Pamiętam, że chwyciło mnie to za serce i razem z siostrą uszykowałyśmy jej paczkę, którą znajomy zawiózł na oddział do szpitala. Były tam, m.in. kubki plastikowe i słomki. Nie wiem, jak ona to odebrała… Dołączona książka podobno została ukradziona jej.
PRZERZUT
Pierwszy przerzut był na klinie zatokowym. Już w tym czasie „rozmawiałam” z mamą Oli. To ona mi płakała, że nie potrafi przekonać Oli do podpisania zgody na operację. Ponadto, następnego dnia mieli lecieć na Śląsk na operację drugiego guza, tym razem kręgosłupa. Podobno zaraz po tej operacji miała tam lecieć. Wydawało mi się to niewiarygodne, bo pierwszą dobę pacjenci są pod obserwacją i nie słyszałam o takim przypadku. No ale, to rak, a na tym się nie znam. Skoro w klinice tak uznali, muszą wiedzieć lepiej. W końcu widziałam harmonogram leczenia. Pertraktowałam z Olą. Pamiętam ile mnie to nerwów kosztowało. Kolejna noc poświęcona Oli. Nie zważała na to, że mam swoje małe kłopociki, którymi musze się zająć. No ale ona była umierająca, jak jej odmówić. Teraz wiem, że każdy guz pojawiał się wtedy, kiedy Ola czuła się niedoceniona. Zawsze wtedy czuła się gorzej, dostawała ataku padaczki czy krwotoku. Z wiedzą jaką posiadam, zastanawiam się jak mogłam być tak naiwna. Kolejne przerzuty były na ręce, na mózgu, na kości, płucach, oczach…
W trakcie pobytu Gdańsku na oddziale, Ola napisała (podobno) regulamin pobytu „pensjonariuszy”.
                                                                                  Gdańsk, dnia 16.06.09r.

Goście Hotelowi ACK Gdańsk
             do
Kierownictwa ACK Gdańsk

                                                                                             
                                                                                                                                                                     Szanowni Państwo

            Czujemy się zaszczyceni faktem, że po mimo światowego kryzysu Państwo zechcieli Nas przyjąć pod swój dach - blisko morza Bałtyckiego. Cieszymy się również z tego iż możemy korzystać z dożylnie podawanego piwa czy też wina, jak i innych usług, takich jak: solarium, fryzjer, masażysta czy też "przepyszna domowa” darmowa kuchnia.

            Doświadczyliśmy w tym miejscu możliwość akupunktury...
...W FORMIE:
cewników, broviaków, wenflonów, itp...
To wszystko powoduje, że społeczność hotelowa staje się jedną wielką rodziną Oddziału Onkologicznego.

            Panie pielęgniarki (pokojowe) są rzeczywiście pokojowo nastawione do otoczenia, szczególnie gdy ich poleceń "grzecznie słuchamy" i "współpracujemy".
Dziękujemy również osobom które obsługują piwo-winodajnię oraz radio-solarium, gdzie jedynym radiem może być osoba, która nam śpiewa w czasie opalania.

A Teraz Czas Na Zmiany!!!

1. ACK (Akademickie Centrum Kliniczne) niech zmieni nazwę na Akademickie Centrum Kobiecości a oddział Hematologiczno-Onkologiczny w Oddział Higieniczno-Osobisty.
2. Niech wystrój pokoi będzie kolorowy, ożywiony, a nie biały bo połowa z nas "TO" już ma dawno za sobą...
3. Chemioterapia niech zostanie nazwana piwodajnią.
4. Radioterapia to przecież solarium, (tylko lampy nie opalają więc trzeba wymienić).
5. Ech... I fryzjer nie ten... Nie każda z Nas chce mieć krótkie włosy...
6. I jeszcze jedno Rury do Tańca proszę nie nazywać stojakiem od kroplówki...

Personel Hotelu ACK - Atrakcyjne Centrum Kobiecości Gdańsk to:
- Nie Lekarze - tylko doradcy atrakcyjnych kobiet.
- Nie Pielęgniarki - tylko pokojowe z usposobieniem pokoju w sercu.

Z poważaniem
Goście Hotelowi ACK Gdańsk.



KRAKÓW
W październiku 2009 roku Ola miała przeszczep. Dawcą był jakiś człowiek z Belgii. Jednak zanim odbył się przeszczep, Ola skakała w tandemie z 4000 m. Jak ja ją podziwiałam! Tutaj ciągłe chemie i walka z nudnościami, kłuciem…  A tutaj energia na taki skok i odwaga! Kilka dni po skoku Ola została poddana chemioterapii przygotowującej ją do przeszczepu. Wszystko relacjonowała mi mama Oli. No bo Olka była wtedy w jałowej sali. Jak ja przeżywałam ten przeszczep. Paliłam świeczki w domu za powodzenie terapii, modliłam się… Siedziałam po nocach na gg i pocieszałam najpierw mamę Oli, a potem samą Olę. Ta walka o pierwszy krok, walka o samodzielność i kłótnie z siostrą. Wtedy właśnie wydarzyło się coś dziwnego dla mnie. Najpierw Ola pisała o parze ludzi zajmujących się pomocą chorym dzieciom, że mają do niej pretensje o to, że nie odzywała się przez miesiąc. No a przecież ona była wtedy na przeszczepie, jak miała się odzywać. Krótko potem zniknął pierwszy blog, który prowadziła. Podobno ktoś jej zarzucił, że wrzuciła tam zdjęcie jakiejś innej chorej dziewczyny, która niestety zmarła, a ona wykorzystywała jej wizerunek. Ucieczka Oli z jałowej sali, panika matki i poszukiwania jej po całym szpitalu. Podobno schowała się w szafie na korytarzu…
Myślę, ze pojawiły się wtedy pierwsze osoby, które poznały „tajemnicę” choroby Oli.
Przeszczep się nie przyjął, lekarze mówili o niej podobno „proszę sobie dać spokój, ta dziewczynka umiera”.
BOŻENKA
To pierwsza pielęgniarka, którą „poznałam”, podczas leczenia Oli. Pani Bożenka zbierała dla Oli 8000 zł na jakiś lek. Miała przyjaciół w Holandii, którzy obiecali pomóc. Z Bożenką załatwiałam żywienie pozajelitowe, kiedy Ola nie chciała jeść. Walczyłam o to, by nie zakładali jej sondy do żołądka. Udało się. Wypisali Ole z oddziału w Krakowie, bo niestety uznali ją za nieuleczalny przypadek. Pamiętam, że siedziałam po nocy i szukałam przepisów w NFZ, na temat przysługującej im karetki. Ola, ledwo trzymająca się na nogach miała iść na pociąg.
Bożenka po całej historii z Olą kontaktowała się czasem ze mną, pod pretekstem tego, że niestety Ola jej  nie odpowiada na smsy. Pamiętam któregoś dnia, właściwie nocy, Bożenka do mnie pisała smsa, że nie może odjechać ze szpitala. Była 1 w nocy, a skończyła dyżur ok. 22. Zmarła Dominika, jej pacjentka. Siedzi w samochodzie i płacze. Pamiętam, ze była wtedy wczesna wiosna i bardzo brzydka deszczowa pogoda. Prosiłam w smsach Bożenkę, żeby wzięła tym razem taxówkę. Ona uznała, że da radę i pojechała. Rano otrzymałam smsa od jej córki, że mama miała wypadek. Jest na stole operacyjnym i nie wiadomo czy będzie chodzić! Jakie ja miałam wyrzuty sumienia, że jej nie odwiodłam od tego wyjazdu, że nie nakłoniłam na taksówkę…
Teraz porównałam ten numer telefonu i okazało się, że z tego samego numeru do Emi pisała mama Oli… Dotarło do mnie co ona zrobiła! Przez cały czas rozmawiałam z Olą. To że kłamała mi odnośnie choroby, to jest złe… Jednak przekonanie mnie do tego, że nie zapobiegłam wypadkowi!!! Cały czas myślałam, że mogłam coś zrobić!!! Wiecie co to za uczucie? Tego jej nie zapomnę!
MORFINA
No i kolejny lek dzięki któremu, Ola robiła sobie świetną zabawę. Pierwsza dawka morfiny pojawiła się w Krakowie. Ola wtedy podobno nie kojarzyła gdzie jest, kim są ci ludzie w białym, kim jest ta Pani koło niej (mama). Do mnie pisała i nazywała mnie mamą. To był taki sygnał, że morfinę dostała. Robiłam z siebie kretynkę przekonując Olę do zastrzyków, kroplówek, jedzenia czy bycia uprzejmą. Olu, mam nadzieję, że zabawa była przednia!
UMIERANIE
Już od samego początku pojawiały się pytania o śmierć. Jednak pierwsze konkrety wyszły dopiero w Krakowie. Wtedy miałam nakłonić mamę Oli do tego, żeby pozwoliła jej odejść. Wiecie, że mi się udało? Ech…
Później pojawiały się smsy pod tytułem „Aniu, ja chyba umieram”, albo „boję się zamknąć oczy, bo nie wiem czy się obudzę”. To wszystko koło 1 w nocy. Ola rozpoczynała takie rozmowy najwcześniej, to o 23. W ostatnim czasie zaczęła się częściej odzywać, bo nie odpisywałam czasami tak późno. Czasami śpię o tej porze.
Zaczynało się wtedy tłumaczenie, dlaczego nie ma się bać. Kto tam na nią czeka. Kilkakrotnie oczywiście, Ola była reanimowana. Stale jednak wracała. Ciągle cud się jej trzymał, a śmierć się nie imała. Szczęściara, można powiedzieć!
HOSPICJA
Pierwsze hospicjum pojawiło się jak Ola wypisywana była pod koniec 2009 roku z Krakowa, po rzekomym przeszczepie. Najpierw była Bydgoszcz. Tam, oczywiście niemiła pielęgniarka oddziałowa, która szkoliła młode pielęgniarki „nie zaprzyjaźniać się, ta dziewczyna umiera”. No serce się kroi, prawda? Jednak  po kilku dniach trafiła Ola na Garbary, w Poznaniu. W Poznaniu udało mi się nakłonić „siostry” Oli do spotkania się z nią, bo w końcu umiera, a one nie mogły jej tego darować, że się poddała. Podobno dramat nieziemski…płacz…krzyki…łzy… Mama nie była w stanie mi tego streścić, Ola nie chciała mówić.
Kolejne hospicjum to Gdańsk. Tam Kinga z „wyrokiem”, jak to sama określała. Zostały jej dwa do czterech tygodni życia. Chłoniak nieziarniczy. Rodzina ją zostawiła i umierała samotnie. Nawet matka do  niej na końcu nie przyjeżdżała. Od Kingi dowiedziałam się o tym, ze Oli dali jakieś pół roku życia. To Kinga relacjonowała mi stan Oli jak dostała potężnego ataku bólu głowy i była wywożona do kliniki. Tam oczywiście kolejna operacja, kolejny cud.
Kolejne hospicjum to Toruń. Zabrano ją tam z Ciechocinka. Ola straciła przytomność, była kilka dni w śpiączce i straciła pamięć. Tutaj w roli głównej wystąpiła pielęgniarka Monika. To ona relacjonowała mi stan Oli. Pisała do mnie na komórkę i prosiła o pomoc w przekonaniu Oli do pewnych zabiegów, którym nie chciała się poddać. A ja, ku uciesze Oli, dawałam się wciągnąć w tę chorą grę. Tam Ola miała kolejny przerzut na płuca i musiała trafić do Bydgoszczy. Tam oczywiście, po kolejnej chemii, „umierała”. Kolejna reanimacja i kolejny cud.
PRASA
Pierwsza była chyba Pani z TVN. Chciała zrobić program o Oli jak leżała w Gdańsku. Ola mówiła, że podała m.in. mnie jako przyjaciółkę, która powie coś o niej. Starałam się sprostać zadaniu. Jednak Ola nie była w nastroju do zdjęć. Koniec, końców nie nagrali programu, bo Ola nie była dyspozycyjna.
Kolejna to Dobi. Chciała napisać książkę o Oli. Uznałam to za niezły pomysł. Ola wtedy cierpiała na zanik pamięci. W związku z tym negocjacje trwały z mamą Oli. Nie było łatwo, ale się przekonała. Wysłałam list jaki Ola do mnie napisała. Wkrótce Ola jednak odzyskała pamięć i zniechęciła do siebie dziennikarkę. Książka nie powstała….
ODDZIAŁ PSYCHIATRII
Już w Bygdoszczy Ola zaczęła cierpieć na olbrzymią depresję. Bała się zasnąć. Przekonywałam jej mamę, że trzeba ją leczyć, że musi dostać jakieś antydepresanty. Do tego te ciągłe problemy z „przyjaciółmi” dlaczego ją ranią, dlaczego nie wierzą że jest chora. Na słowa „a Emi zrobiła to…” czy też „a W. zagroziły mi…” niedobrze mi się robiło. Czekałam na meila od Emi. Już ja jej wytłumaczę, że tak się nie postępuje. Wkrótce dowiedziałam się, że Ola trafiła na leczenie psychiatryczne. Byłam zadowolona, bo niestety potrzebowała tego. W końcu tyle przeszła, tak bardzo zawiedli ją ludzie… Byle wytrwała, to jej pomogą.
EPILOG
Doczekałam się, Emi w końcu i do mnie napisała meila. Czytałam chaotycznie, w końcu znam szczegóły choroby Oli. Fakt, daty się nie zgadzały, ale może się pokręcić. Tyle tego w tak krótkim czasie… Jednak te numery telefonów i GG. Do tego ta tłumaczka Ola. Przesłałam go koleżance. Ona też zaangażowała się w pomoc Oli. Uwierzyła jej. Okazało się, ze opisując tłumaczkę, miała na myśli ją właśnie. Wtedy zaczęły moje wątpliwości coraz bardziej się rozwiewać. Wysłałam do Emi prośbę o podanie powtarzających się numerów telefonów i gg. Otrzymałam odpowiedź niemal natychmiast, cała w nerwach, sprawdzałam. Wiedziałam, że jak chociaż jeden się potwierdzi, nie ma już wytłumaczenia.
Mama, ciocia, siostry, Dobi, Monika, Kinga, Bożenka, Lekarka z Gdańska i Bóg wie kto jeszcze…to wszystko była Ola. Ci ludzie nie istnieją. Ona rozmawiała ze mną, podszywając się pod innych ludzi. Była genialna w tym co robiła. Będąc mamą, była troskliwa, czujna i wyrachowana. Jako ciocia, wystraszona, bojaźliwa i wątpiąca. Jako pielęgniarka, surowa dla siebie, brutalna i czasem nawet podła. Jako dziennikarka, rzeczowa, pełna wątpliwości i rzetelności dziennikarskiej.
A ja, jak ta głupia. Broniłam Oli, pocieszałam, tłumaczyłam, przekonywałam, wyzywałam… Wiem teraz, że nieświadoma, sama Oli podsuwałam lektury do czytania. Niesamowite leczenie arszenikiem i przeszczep nerek jaki Ola przeszła w Łodzi, był opisany w książce „Bez mojej zgody” Judy Picoult, nowotwór oczu, to przecież nasza kochana ś.p. Polunia. Sondą karmione było moje dziecko, a odsysana jest nadal. W końcu Olę też trzeba było odsysać. Przetaczanie krwi w celu wydzielenia komórek macierzystych…ja byłam na zjeździe w Warszawie w tej sprawie. Najgłupsze, że się nie zorientowałam. W Polsce nie umieją pomnażać wydzielonych komórek, na razie są plany, nic więcej… Żywienie pozajelitowe, to ja znam. Spędziłam trochę czasu na oddziale PiŻ w CZD.
Ola przesyłała mi od czasu do czasu zdjęcia. Teraz na nie patrzę i widzę, że to zupełnie obcy ludzie. Jak tak można. Przecież to nie legalne!!! Wmawiała mi, że to ona. Głupio było się przyznać, że jej nie poznaję. Zwyczajnie unikałam odpowiedzi. Jedyne zdjęcie to z przepustką na szyi, co było dla mnie już wtedy dziwne. Byłam w kilku szpitalach i przepustki nie dawali. Teraz wiem, że to była legitymacja wolontariusza. A Ola była u podopiecznych w szpitalu.
Niestety dawałam się wodzić za nos strasznie długo. Jednak nasze trzy dziewczyny, miały to szczęście, że spotkały się w jednym miejscu. Ja, siedząc w domu nie byłam w stanie tego z nikim skonfrontować. Miałam zakaz pisania o niej gdziekolwiek. Bo ludzie jej nie wierzą i ją szkalują. Jakie bzdury!!! Do tego jakaś tajemnicza historia z jej ojcem, który nie może wiedzieć, że ona jest chora na raka i umiera… Stale kontrolowała naszą wiarę w jej chorobę. Jak tylko coś było nie po jej myśli zaczynała gorzej się czuć, albo szantażowała mnie samobójstwem. Sprytnie.
Ola wspaniale umiała korzystać z nowo nabytej wiedzy. Potrafiła grać na uczuciach jak mało kto! Udało jej się cudownie zniechęcić ludzi do pomocy potrzebującym i wzbudzić wątpliwości w wiarę w ludzi. W tej chwili jest mi naprawdę trudno zaufać ludziom. Chociaż ja akurat łez nie lałam przez Olę. Może i jestem niewrażliwa, ale mam akurat zbyt wiele powodów do płaczu. Owszem, przejmowałam się, denerwowałam, wkurzałam i wciągałam przyjaciół w tą chorą gierkę. Teraz otwierają szeroko oczy jak im mówię, że to wszystko pic. Opisując całą moją „przygodę”, czuję się jak ta weteranka. Okazuje się, że najdłużej dałam się wodzić za nos. W ostatnim czasie jednak miałam już tego dosyć. Teraz czuję się uwolniona psychicznie. Ola próbowała mnie naciągnąć, na dyktafon, na pomoc w organizacji wyjazdu do Oxfordu i kilka innych rzeczy. Jednak ja nie dysponuję ani wolnym czasem, ani wolną gotówką. Musiała szukać gdzieś indziej.
Kochani, pomagajmy nadal. Jednak ważne jest nie aby zaufanie było zawsze ograniczone. Ja dostałam już po głowie przed Olą, może dlatego miałam większy dystans do tego. W ostatnim czasie poznałam już 3 podobne historie. To nie jest normalne. Ludzi pazernych i psychicznie chorych jest wiele. Będziemy nie raz narażeni na ich wpływ. Musimy czerpać naukę z każdej nowej historii. Ja tak staram się robić, jednak serce mam nadal otwarte.
Anna Jarczyńska

1 komentarz:

  1. Witam serdecznie po przeczytaniu tej historii złapałem się za głowę

    OdpowiedzUsuń

UWAGA! Wszystkie komentarze, które zawierają wulgaryzmy będą systematycznie usuwane z bloga.

Więcej artykułów